Cyberspace
    • Wolność słowa pod presją procedury

      Co naprawdę zmienia ustawa o blokowaniu treści w internecie

      Państwo powinno skutecznie reagować na przestępstwa popełniane w internecie. Ale skuteczność nie może oznaczać, że legalną wypowiedź łatwo zablokować, a naprawienie błędu wymaga czasu, pieniędzy i determinacji, których jej autor nie ma. Właśnie dlatego ustawę o blokowaniu treści należy oceniać nie tylko przez pryzmat tego, przeciwko komu ma być stosowana, lecz także tego, co stanie się, gdy zostanie zastosowana niesłusznie.

      Przedmiotem tej analizy jest ustawa o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw, uchwalona przez Sejm 8 października 2026 r. i przekazana Senatowi jako druk nr 865. To analiza konkretnego tekstu parlamentarnego, nie późniejszych wersji ani istniejącej już praktyki stosowania nowych przepisów. Artykuł 4 przewiduje wejście ustawy w życie po sześciu miesiącach od ogłoszenia. Przywoływane niżej art. 11a–11t to przepisy, które nowelizacja dodaje do ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

      Najważniejszy wniosek wymaga dwóch zdań, nie jednego.

      Nie jest prawdą, że analizowany tekst daje urzędnikowi nieograniczone prawo do uznawania dowolnych poglądów za „mowę nienawiści”. W szczególnej kategorii spraw związanych z art. 119 § 1, art. 256 § 1–2 i art. 257 Kodeksu karnego nakaz ma wydawać sąd. Jednocześnie ustawa zawiera rozwiązania, które mogą prowadzić do nadmiernego ograniczania legalnych wypowiedzi: krótki termin przedstawienia stanowiska, ograniczenia dowodowe, możliwość blokowania domen oraz niedostatecznie jednoznaczne zabezpieczenie sytuacji zainteresowanych na czas zaskarżenia.

      To właśnie pomiędzy uzasadnioną ochroną przed bezprawiem a skutkami błędnej ingerencji przebiega najważniejsza granica tej regulacji.

      1. Nie nowa lista zakazanych poglądów, lecz nowy mechanizm ograniczania dostępu

      Art. 11a ust. 1 pkt 1 odwołuje się do treści:

      „których rozpowszechnianie może wyczerpywać znamiona czynu zabronionego”

      — po czym wskazuje konkretny katalog przepisów. Obejmuje on nie tylko Kodeks karny, ale także określone naruszenia prawa autorskiego, prawa własności przemysłowej i innych ustaw. Osobny punkt dotyczy nielegalnej sprzedaży towarów lub świadczenia usług mogących odpowiadać wskazanym przepisom karnym skarbowym.

      Komentarz: nie mamy tutaj samodzielnej, otwartej kategorii „treści niepożądanych”, które organ może dowolnie uzupełniać. Sama niepopularność opinii, jej polityczna niewygoda, ostrość czy zdolność wywołania oburzenia nie są odrębnymi podstawami zastosowania tego mechanizmu. Potrzebne jest powiązanie treści z przepisem należącym do ustawowego katalogu.

      To ograniczenie jest istotne. Krytyka regulacji, która je pomija, osłabia własną wiarygodność.

      Nie oznacza to jednak, że problem wolności słowa znika. Zmiana procedury może bardzo mocno zmienić praktyczne warunki korzystania z wolności, nawet bez dopisywania nowego przestępstwa. Jeżeli wcześniej spór wymagał innej drogi prawnej, a teraz pojawia się wyspecjalizowany, szybki mechanizm ograniczania dostępu, zmieniają się koszty działania i obrony.

      Warto również odróżniać nakaz ograniczenia dostępu od skazania autora za przestępstwo. Analizowany mechanizm nie wymaga wcześniejszego prawomocnego wyroku skazującego. Nie jest jednak sam w sobie takim wyrokiem. Ustala podstawy ingerencji w dostępność treści, nie zastępuje automatycznie postępowania karnego dotyczącego odpowiedzialności konkretnej osoby.

      Pytanie nie brzmi zatem wyłącznie: „Czy zakazano nowych wypowiedzi?”. Brzmi również: „Jak łatwo będzie ograniczyć dostęp do wypowiedzi, której bezprawność pozostaje przedmiotem sporu?”

      2. „Może wyczerpywać znamiona” nie oznacza, że do blokady wystarczy podejrzenie

      Najbardziej niepokojące na pierwszy rzut oka sformułowanie z art. 11a trzeba czytać razem z art. 11m ust. 1 pkt 1. Ten drugi przepis pozwala organowi nakazać uniemożliwienie dostępu:

      „jeżeli stwierdzi, że dowody zgromadzone w postępowaniu w sposób niebudzący wątpliwości świadczą o nielegalnej treści”.

      Komentarz: to istotna gwarancja. Ustawa rozróżnia materiał pozwalający uruchomić sprawę od materiału uzasadniającego rozstrzygnięcie. Do wniosku załącza się dowody uprawdopodabniające nielegalność, natomiast administracyjny nakaz ma opierać się na ustaleniu niebudzącym wątpliwości. Nie należy sprowadzać tych dwóch standardów do jednego.

      Samo stwierdzenie zgłaszającego, że „to jest nielegalne”, nie powinno więc wystarczyć. Organ musi zbadać, czy przesłanki ingerencji rzeczywiście zostały wykazane.

      Problem polega na tym, że pewność rozstrzygnięcia zależy od jakości i kompletności materiału, którym dysponuje osoba rozstrzygająca. Formalnie wysoki standard nie zadziała, jeżeli w aktach zabraknie kontekstu.

      Wyobraźmy sobie materiał dokumentacyjny, w którym przytoczono cudzą wypowiedź. Wyjęty fragment może wyglądać zupełnie inaczej niż całość publikacji. Podobnie spór o wykorzystanie cudzego materiału może wymagać ustalenia zakresu uprawnienia, celu publikacji i sposobu wykorzystania. To przykłady sytuacji wymagających oceny, nie twierdzenie, że każdy cytat lub każdy materiał dokumentacyjny jest automatycznie legalny.

      Dlatego właściwy standard powinien działać następująco: wątpliwość wymagająca dalszego wyjaśnienia nie może być zastępowana przekonaniem, że bezpieczniej będzie na razie zablokować treść. W przeciwnym razie ustawowa gwarancja pozostałaby deklaracją.

      3. W sprawach określanych jako „mowa nienawiści” najpierw ma rozstrzygać sąd

      Art. 11q ust. 1 przewiduje, że w sprawach dotyczących wskazanych przepisów Kodeksu karnego organ:

      „wydaje postanowienie o przekazaniu akt postępowania do sądu powszechnego”.

      Następnie, zgodnie z ust. 2, to sąd może nakazać uniemożliwienie dostępu albo odmówić takiego nakazu.

      Komentarz: to zasadnicza różnica między analizowanym tekstem a modelem, w którym urzędnik samodzielnie rozstrzyga spór o taką wypowiedź, a sąd pojawia się dopiero po blokadzie.

      Organ nadal prowadzi postępowanie i gromadzi materiał. Nie uzyskuje jednak w tej kategorii spraw kompetencji do wydania właściwego administracyjnego nakazu blokady. Wyłączenie zapisano również w art. 11m ust. 1.

      Tę gwarancję trzeba docenić. Jeżeli krytykujemy ustawę z perspektywy wolnościowej, powinniśmy szczególnie wyraźnie odróżniać kontrolę sądową przed ingerencją od możliwości obrony po ingerencji.

      Sądowa ścieżka nie usuwa jednak wszystkich pytań. Art. 11q ust. 2 nie powtarza wprost standardu „w sposób niebudzący wątpliwości”, zapisanego dla administracyjnego nakazu w art. 11m. Nie oznacza to dowolności sądu. Oznacza natomiast, że ustawodawca mógłby wyraźniej i spójniej określić wymagany poziom wykazania podstaw ingerencji w obu ścieżkach.

      Istnieją też dodatkowe wymagania wynikające z DSA: nakaz powinien wskazywać podstawę prawną, uzasadnienie nielegalności, identyfikację treści i dostępne środki zaskarżenia. To zewnętrzny wobec druku nr 865 kontekst prawny, który również ogranicza swobodę działania organów.

      Obecność sądu jest ważną gwarancją. Nie zastępuje jednak odpowiedzi na pytanie, czy autor zdąży przedstawić materiał pozwalający temu sądowi zobaczyć całą sprawę.

      4. Dwa dni na stanowisko: formalne prawo do obrony czy rzeczywista możliwość obrony?

      Art. 11h ust. 3 stanowi:

      „Usługobiorca może przedstawić właściwemu organowi, o którym mowa w art. 11b, stanowisko w sprawie w terminie 2 dni od dnia otrzymania informacji, o których mowa w ust. 1”.

      Komentarz: dwa dni mogą wystarczyć na wskazanie oczywistej pomyłki. Mogą nie wystarczyć na przygotowanie obrony publikacji wymagającej zebrania dokumentów, odtworzenia kontekstu, uzyskania stanowiska współautora lub konsultacji prawnej.

      Trzeba przy tym zachować precyzję: przepis mówi o terminie liczonym w dniach. Nie należy bez analizy zasad jego obliczania utożsamiać go w każdym przypadku z dokładnie 48 godzinami. Nie zmienia to zasadniczej oceny, że jest to bardzo krótki czas na merytoryczną reakcję.

      Powstaje asymetria organizacyjna. Wnioskodawca może wcześniej przygotować argumentację i dowody. Autor dowiaduje się o sprawie dopiero po jej uruchomieniu. Taka konstrukcja może szczególnie utrudniać obronę osobom, które publikują społecznie, nie mają stałej obsługi prawnej albo prowadzą niewielki serwis.

      Nie wolno jednak dopisywać ustawie skutku, którego nie ustanawia: przekroczenie tego terminu nie oznacza automatycznego końca wszelkiej możliwości obrony. Art. 11p ust. 5 przewiduje szczególny początek terminu sprzeciwu także dla autora, który nie przedstawił stanowiska lub któremu nie można doręczyć decyzji z powodu braku danych.

      To zabezpieczenie jest potrzebne. Nie usuwa jednak różnicy między skutecznym zapobiegnięciem wadliwemu rozstrzygnięciu a późniejszą próbą jego odwrócenia.

      Moim zdaniem rozsądniejszy byłby dłuższy termin standardowy oraz odrębny, uzasadniany tryb rzeczywiście pilny, powiązany z konkretnym zagrożeniem. Szybkość jest wartością, ale nie powinna być osiągana przez traktowanie każdej sprawy tak, jakby jej okoliczności były równie proste.

      5. Dowody: procedura ma być szybka, ale czy będzie dostatecznie dokładna?

      Art. 11i ust. 2 zobowiązuje dostawcę do przekazania dowodów niezwłocznie, nie później niż w ciągu 14 dni, a następnie dodaje:

      „pod rygorem utraty prawa do ich powoływania w toku dalszego postępowania. Dowody zgłoszone z naruszeniem tego obowiązku podlegają pominięciu”.

      Komentarz: dla platformy jest to nie tylko termin administracyjny, ale ryzyko utraty możliwości skutecznego przedstawienia własnej wersji zdarzeń.

      Przy prostym wpisie materiał może być łatwy do zebrania. Przy sporze obejmującym historię zmian, załączniki, działania moderatorów i wcześniejsze zgłoszenia potrzeba znacznie więcej pracy. Jeżeli część informacji znajduje się u zewnętrznego usługodawcy albo wymaga odtworzenia, sama sprawność zespołu może nie wystarczyć.

      Szczególnie ważne jest porównanie z art. 11k ust. 3. Wnioskodawca również powinien przedstawić dowody od razu, ale przepis dopuszcza wyjątek:

      „chyba że wnioskodawca uprawdopodobni, że ich powołanie wraz z wnioskiem nie było możliwe”.

      Do stanowiska autora stosuje się ten przepis odpowiednio na podstawie art. 11h ust. 5. Tymczasem art. 11i ust. 2 nie zawiera analogicznego, wyraźnego wyjątku dla dostawcy. To asymetria, którą warto usunąć. Nie przesądza ona automatycznie o dopuszczalności materiału w późniejszym postępowaniu sądowym, ale na etapie przed organem jest poważnym problemem redakcyjnym i praktycznym.

      Drugie ograniczenie znajduje się w art. 11k ust. 1. Postępowanie dowodowe zasadniczo opiera się na materiałach przedstawionych przez uczestników oraz dostępnych organowi. Ustęp 2 przewiduje, że:

      „w sprawach szczególnie skomplikowanych może przeprowadzać dowody z zeznań świadków, przesłuchania stron, opinii biegłych oraz oględzin”.

      Komentarz: nie jest prawdą, że ustawa całkowicie zakazuje świadków lub opinii biegłych. Dopuszcza je jednak w szczególnej kategorii spraw, której kwalifikacja sama wymaga oceny.

      Z perspektywy wolności słowa niebezpieczny byłby schemat: sprawa wydaje się prosta, ponieważ przedstawiono jedynie wycinek materiału; skoro jest prosta, nie przeprowadza się szerszych dowodów; następnie na podstawie tego samego wycinka wydaje się rozstrzygnięcie.

      To scenariusz ryzyka, nie opis stwierdzonej praktyki. Właśnie po to analizuje się procedury przed ich wejściem w życie, aby podobne mechanizmy wychwycić odpowiednio wcześnie.

      6. Prywatność autora: ważna ochrona, ale udział w postępowaniu wymaga decyzji

      Art. 11i ust. 3 przewiduje:

      „Materiały, o których mowa w ust. 1 pkt 2, nie mogą zawierać danych osobowych usługobiorcy, jeżeli nie wyraził on zgody na bycie stroną postępowania”.

      Komentarz: ten zapis należy ocenić pozytywnie. Ogranicza przekazywanie danych autora w omawianej procedurze. Ustawa wiąże przekazanie określonych danych z ich posiadaniem przez dostawcę oraz zgodą użytkownika na udział w charakterze strony. Nie ustanawia powszechnego obowiązku identyfikowania wszystkich publikujących za pomocą dowodu osobistego.

      Jednocześnie autor, który chce zostać stroną, powinien podać dane wskazane w art. 11h ust. 4, w tym imię i nazwisko oraz adres zamieszkania albo odpowiednie dane podmiotu. Autor niewyrażający zgody może przedstawić stanowisko, które organ dołącza do materiału.

      Powstaje więc rzeczywisty wybór pomiędzy zakresem formalnego uczestnictwa a zachowaniem większej anonimowości wobec tego postępowania. Nie należy go utożsamiać z publicznym ujawnieniem danych, ale dla osoby publikującej pod pseudonimem może mieć znaczenie.

      Dla platform takich jak Cyberspace wniosek jest konkretny: system obsługi spraw musi rozróżniać zgodę na udział w postępowaniu, przekazanie stanowiska i przekazanie danych osobowych. Nie powinien traktować tych trzech czynności jako jednego automatycznego procesu.

      Ochrona prywatności nie może kończyć się na tym, że pracownik pamięta o ręcznym usunięciu nazwiska z dokumentu. Powinna być częścią konstrukcji narzędzi używanych do obsługi spraw.

      7. Blokowanie całych domen: najpoważniejsze ryzyko dla legalnej części internetu

      Art. 11n wprowadza możliwość zgłoszenia domeny do rejestru prowadzącego do ograniczenia dostępu. Przepis zaczyna się od warunku:

      „W przypadku braku skutecznych środków, które mogą doprowadzić do wykonania decyzji […]”.

      Komentarz: tego początku nie wolno pomijać. Nie jest to mechanizm pozwalający wyłączyć dowolną domenę po samym otrzymaniu zgłoszenia. Ustawa wiąże go z wcześniejszym rozstrzygnięciem i brakiem skutecznych środków jego wykonania. Odsyła również do usługi z art. 4 DSA, dotyczącego zwykłego przekazu.

      Niepokój budzi jednak dalsza konstrukcja. Wymienione przesłanki są alternatywne.

      Pierwsza dotyczy sytuacji, w której strona:

      „służy w sposób stały lub w przeważającym zakresie do rozpowszechniania nielegalnych treści”.

      Komentarz: pojęcia „w sposób stały” i „w przeważającym zakresie” nie są tożsame. Drugie sugeruje dominujący charakter działalności, pierwsze może kierować uwagę na jej ciągłość lub powtarzalność. Organ będzie musiał je interpretować. Potrzebne jest zatem szczególnie staranne uzasadnienie, dlaczego stwierdzone naruszenia uzasadniają ingerencję w dostęp do całej domeny.

      Druga przesłanka zachodzi, gdy ograniczenie dostępu wyłącznie do zakwestionowanych treści:

      „jest technicznie niemożliwe albo oczywiście nieskuteczne”.

      Komentarz: ocena technicznej niemożliwości powinna opierać się na ustaleniach technicznych. Nie powinna wynikać z wygody działania organu ani z ogólnego przekonania, że większa blokada będzie skuteczniejsza.

      Słowo „oczywiście” nie rozwiązuje tego problemu. To, co wydaje się oczywiste na podstawie krótkiego opisu systemu, może przestać być oczywiste po analizie jego architektury.

      Trzecia przesłanka dotyczy dostawcy, który:

      „nie wykonał jej pomimo dodatkowego wezwania do wykonania decyzji”.

      Komentarz: tutaj ryzyko wiąże się z wykonaniem wcześniejszego nakazu. Ponieważ przesłanki połączono alternatywnie, ustawa nie wymaga w każdym przypadku jednoczesnego wykazania, że serwis służy przede wszystkim bezprawnej działalności.

      Dodatkowe wezwanie w tym wariancie ma wskazywać termin wykonania decyzji:

      „niekrótszego niż 24 godziny od dnia doręczenia wezwania”.

      To minimum dotyczące określonego wezwania, nie ogólny termin usuwania każdego zgłoszonego materiału. Niemniej dla małego operatora może oznaczać konieczność bardzo szybkiej reakcji organizacyjnej i technicznej.

      Istotne jest również, że art. 11q ust. 7 nakazuje odpowiednio stosować art. 11n do rozstrzygnięć sądowych w szczególnej kategorii spraw. Mechanizm domenowy nie pozostaje więc całkowicie poza ścieżką dotyczącą treści rozpoznawanych najpierw przez sąd.

      Najważniejsze zastrzeżenie brzmi: ustawa nie ustanawia wyraźnie osobnego etapu uprzedniej zgody sądu na proporcjonalność samego rozszerzenia ingerencji z konkretnej treści na domenę. Wcześniejszy nakaz dotyczący materiału i ocena dopuszczalności odcięcia legalnej reszty serwisu to nie jest dokładnie to samo zagadnienie.

      8. Kiedy spór o materiał staje się problemem wszystkich użytkowników

      Art. 11n ust. 11 zobowiązuje przedsiębiorców telekomunikacyjnych do ograniczenia dostępu przez usunięcie odpowiednich nazw domen z ich systemów zamiany nazw na adresy IP, najpóźniej w ciągu 48 godzin od wpisu. Przewiduje również przekierowanie na stronę z komunikatem UKE.

      Komentarz: nie oznacza to globalnego usunięcia domeny z internetu ani skasowania danych z serwerów. Oznacza jednak ograniczenie dostępności serwisu przez infrastrukturę zobowiązanych operatorów.

      Dla platformy społecznościowej konsekwencja może wykraczać daleko poza sporny materiał.

      Wyobraźmy sobie platformę taką jak Cyberspace, na której działają niezależne społeczności, publikowane są inicjatywy i odbywają się konsultacje. To scenariusz ilustracyjny, nie opis stwierdzonego naruszenia na tej platformie. Jeżeli blokada domenowa ograniczy dostęp do całego serwisu, jej skutki poniosą również autorzy i odbiorcy, których działalność nie miała związku ze sprawą.

      Wolność słowa obejmuje w tym ujęciu nie tylko możliwość opublikowania tekstu, lecz także możliwość dotarcia z nim do odbiorców. Utrata tej możliwości w kluczowym momencie może być nieodwracalna.

      Problem takich szkód ubocznych pojawiał się już w orzecznictwie europejskim. W sprawach rozstrzygniętych 23 czerwca 2020 r., w tym Vladimir Kharitonov przeciwko Rosji i Bulgakov przeciwko Rosji, Europejski Trybunał Praw Człowieka oceniał blokowanie legalnych stron jako skutek uboczny oraz blokady całych serwisów z powodu pojedynczych materiałów. Stwierdził naruszenia wolności wypowiedzi i prawa do skutecznego środka odwoławczego. Nie przesądza to o ocenie polskiej ustawy, ale pokazuje, dlaczego legalnej części serwisu nie wolno traktować jako nieistotnego kosztu egzekwowania prawa.

      9. Niepubliczny rejestr i niedopowiedziana droga wyjścia z blokady

      Art. 11n ust. 10 stanowi:

      „Do rejestru nie stosuje się przepisów ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej”.

      Komentarz: dostęp do rejestru przyznano wskazanym organom i przedsiębiorcom telekomunikacyjnym. Obywatele nie otrzymują takiego samego narzędzia kontroli jego zawartości.

      Nie oznacza to jednak całkowitej tajności mechanizmu. Art. 11m ust. 4 nakazuje publikowanie decyzji, z pominięciem informacji prawnie chronionych i z informacją, czy decyzja jest prawomocna.

      Różnica pozostaje istotna: publiczność decyzji nie jest tym samym co możliwość sprawdzenia kompletnego, aktualnego rejestru blokad. Z perspektywy kontroli społecznej ważne byłyby także daty wpisów i wykreśleń, podstawy utrzymywania ograniczeń oraz skala błędnych ingerencji.

      Jeszcze ważniejszy jest art. 11n ust. 12:

      „Prezes UKE niezwłocznie wykreśla wpis z rejestru w przypadku uchylenia albo zmiany decyzji będącej podstawą wpisu w zakresie odnoszącym się do domeny internetowej”.

      Komentarz: ustawa wyraźnie opisuje wykreślenie po uchyleniu lub odpowiedniej zmianie decyzji. Nie opisuje równie wyraźnie osobnej, pilnej procedury dla sytuacji, w której operator usunął naruszenie, lecz decyzja będąca podstawą wpisu nadal formalnie istnieje.

      Nie znaczy to, że nie będzie żadnych ogólnych możliwości prawnych zmiany sytuacji. Zarzut jest węższy: warunki powrotu do legalnej działalności powinny być równie czytelne jak warunki zastosowania ograniczenia.

      Po wykreśleniu operatorzy mają jeszcze do 48 godzin na przywrócenie dostępu. To termin techniczny liczony od wykreślenia, a nie od chwili zgłoszenia przez przedsiębiorcę, że naprawił problem.

      10. Odwołanie istnieje. Gwarancji szybkiego naprawienia błędu nie należy jednak domniemywać

      Art. 11p ust. 1 brzmi:

      „Od decyzji, o której mowa w art. 11m ust. 1, nie przysługuje odwołanie ani wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy”.

      Natomiast ust. 2 przewiduje:

      „Strona może wnieść sprzeciw od decyzji, o której mowa w art. 11m ust. 1, w terminie 14 dni od dnia jej doręczenia”.

      Komentarz: pierwszego zdania nie wolno cytować w oderwaniu od drugiego. Ustawa nie zamyka drogi sądowej. Rezygnuje z klasycznego odwołania administracyjnego i ustanawia sprzeciw do sądu powszechnego.

      Organ ma dwa dni na przekazanie sprzeciwu wraz z aktami. Sąd rozpoznaje go w postępowaniu nieprocesowym. Przewidziano również możliwość skargi kasacyjnej od wskazanych postanowień sądu drugiej instancji.

      Problem tkwi gdzie indziej: art. 11p nie ustanawia szczególnego terminu, w którym sąd ma rozpoznać sprzeciw. Szybkie przesłanie akt nie jest gwarancją szybkiego rozstrzygnięcia.

      Trzeba też odróżnić tę sytuację od art. 11q ust. 5:

      „Sąd wydaje postanowienie, o którym mowa w ust. 2, w terminie 14 dni od dnia otrzymania postanowienia, o którym mowa w ust. 1”.

      Komentarz: ten czternastodniowy termin dotyczy pierwszego rozstrzygnięcia sądu w szczególnej kategorii spraw, po przekazaniu akt. Nie jest ogólną gwarancją rozpoznania każdego odwołania w dwa tygodnie. Na takie rozstrzygnięcie przysługuje zażalenie, czyli inny środek niż sprzeciw od decyzji administracyjnej.

      Pozostaje jeszcze najważniejsze pytanie praktyczne: co dzieje się z wykonaniem decyzji do czasu rozstrzygnięcia sprzeciwu?

      Art. 11p nie zawiera wyraźnego zdania, że wniesienie sprzeciwu wstrzymuje wykonanie. Art. 11m ust. 3 przewiduje szczególny rygor natychmiastowej wykonalności dla wymienionych kategorii treści, a art. 11t wyłącza stosowanie ogólnego art. 108 KPA.

      KPA wiąże wstrzymanie wykonania z terminowo wniesionym odwołaniem. Analizowana ustawa ustanawia natomiast odrębny sprzeciw sądowy. Jednocześnie kodeksowe pojęcie decyzji ostatecznej odnosi się do braku odwołania administracyjnego lub ponownego rozpatrzenia. Zestawienie tych regulacji wymaga ostrożnej interpretacji.

      Warto odnotować argument korzystny dla ochrony zainteresowanych: uzasadnienie wcześniejszego projektu, druku nr 2693, zakłada możliwość wniesienia sprzeciwu bez konieczności wykonania decyzji przed rozstrzygnięciem sądu. Jest to jednak materiał legislacyjny do wcześniejszej wersji, a nie jednoznaczne brzmienie przepisu z druku nr 865.

      Moim zdaniem tak podstawowa kwestia nie powinna zależeć od odtwarzania intencji projektodawcy. Należy ją zapisać wprost, razem z precyzyjnymi wyjątkami i pilnym trybem rozpoznania wniosku o ochronę tymczasową.

      11. Państwo będzie mogło nakazać również przywrócenie treści

      Art. 11m ust. 1 pkt 2 przewiduje nakaz usunięcia ograniczeń, gdy:

      „informacje umieszczone przez usługobiorcę nie stanowią nielegalnej treści, a ich usunięcie stanowiło nadmierną ingerencję w swobodę wypowiedzi usługobiorcy”

      lub gdy oczywiście doszło do błędu dostawcy.

      Komentarz: to druga strona ustawy, której nie powinno się pomijać. Mechanizm może chronić użytkownika przed błędną lub nadmierną moderacją prywatnej platformy.

      Nie oznacza jednak, że każda legalna treść musi pozostać w każdym serwisie. Art. 11m ust. 1 pkt 4 pozwala odmówić nakazania usunięcia ograniczeń także wtedy, gdy treść jest legalna, lecz jej usunięcie nie było nadmierną ingerencją w wolność wypowiedzi.

      Granica będzie zatem zależała od oceny pojęcia „nadmiernej ingerencji”. To kolejne miejsce wymagające interpretacji.

      Z perspektywy użytkownika taki mechanizm może być potrzebny. Z perspektywy właściciela serwisu oznacza możliwość zewnętrznej ingerencji w politykę moderacji. Z perspektywy libertariańskiej obie strony mają znaczenie: wolność autora nie usuwa automatycznie prawa właściciela infrastruktury do ustalania zasad korzystania z niej.

      Dlatego regulacja powinna możliwie jasno odróżniać egzekwowanie zobowiązań przyjętych przez platformę wobec użytkownika od narzucania jej nowej polityki publikacyjnej.

      Dla Cyberspace wynika z tego praktyczna potrzeba uzasadniania decyzji. Samo „naruszenie regulaminu” może nie wyjaśniać, dlaczego konkretny środek był właściwy. Dobrze zaprojektowana moderacja powinna pozwalać odtworzyć, co ustalono, jaki przepis zastosowano i dlaczego wybrano właśnie taki zakres ograniczenia.

      12. Neutralność urzędnika i udział organizacji społecznych

      Art. 11c ust. 1 przewiduje, że osoby uczestniczące w rozpatrywaniu wniosków:

      „nie mogą należeć do partii politycznej, publicznie manifestować poglądów politycznych ani prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami bezstronności, rzetelności i politycznej neutralności”.

      Komentarz: to zabezpieczenie zasługujące na odnotowanie. Nie ma podstaw, by z góry przypisywać osobom stosującym ustawę złą wolę.

      Jednocześnie spełnienie warunków ma być weryfikowane na podstawie oświadczeń. Formalna neutralność nie zapewnia sama w sobie trafności oceny prawnej, odporności na błędy poznawcze ani kompletności materiału. Dlatego nie może zastępować uzasadnienia decyzji i skutecznej kontroli.

      Art. 11t przewiduje odpowiednie stosowanie KPA:

      „z wyłączeniem art. 28, art. 31 i art. 108 tej ustawy”.

      Komentarz: wyłączenie art. 31 usuwa zwykłą kodeksową podstawę udziału organizacji społecznej w postępowaniu dotyczącym innej osoby. Nie jest to zakaz udzielania autorowi pomocy prawnej czy wsparcia, ale ograniczenie określonej formy uczestnictwa procesowego.

      Przy sporach dotyczących wolności wypowiedzi warto zapytać, czy przyspieszenie postępowania uzasadnia rezygnację z tej formy kontroli społecznej. Szczególnie wtedy, gdy skutki rozstrzygnięcia mogą wykraczać poza interes pojedynczego autora.

      13. Co rzeczywiście zmienia się dla Cyberspace i podobnych platform?

      Kwalifikacja prawna zależy od rzeczywistych funkcji usługi. Przechowywanie informacji na żądanie użytkowników może stanowić hosting; publiczne rozpowszechnianie tych informacji może prowadzić do kwalifikacji jako platforma internetowa. Sama nazwa produktu ani zakup infrastruktury od zewnętrznej firmy nie rozstrzygają tej oceny. To kontekst DSA, a nie ustalenie wynikające z audytu aktualnej wersji Cyberspace.

      Bezpośrednio z analizowanej ustawy wynikają natomiast konkretne potrzeby organizacyjne.

      Art. 11r ust. 1 stanowi, że organ:

      „doręcza pisma dostawcom usług pośrednich na adres punktu kontaktowego”.

      Komentarz: punkt kontaktowy nie może być skrzynką, do której ktoś zagląda okazjonalnie. Musi mieć rzeczywistą obsługę, zastępstwo i sposób przekazywania spraw osobom decyzyjnym.

      Art. 11h ust. 2 nakazuje dostawcy niezwłocznie przekazywać autorowi informację o sprawie, możliwości przedstawienia stanowiska i zgodzie na udział w postępowaniu. Art. 11i wymaga przekazywania materiałów dowodowych z uwzględnieniem ochrony danych. To nie są już wyłącznie zadania moderatora oceniającego wpis.

      Moja rekomendacja techniczna jest następująca: platforma powinna umieć ograniczyć dostęp do konkretnego materiału bez wyłączania całej społeczności, a następnie odwrócić to działanie bez utraty powiązań i historii. Każda sprawa powinna mieć uporządkowany zapis zawiadomień, terminów, uzasadnień i wykonanych czynności.

      Materiały dowodowe należy zabezpieczać w zakresie prawnie dopuszczalnym i niezbędnym. Nie oznacza to bezterminowego przechowywania wszystkiego ani tworzenia dodatkowych kopii treści, których posiadanie samo może być problemem prawnym.

      Nie wszystkie obowiązki są nowe. DSA już tworzy mechanizmy zgłaszania treści i przejrzystości moderacji, a zakres wymagań różnicuje według rodzaju i skali dostawcy. Mikro- i mali przedsiębiorcy korzystają z części wyłączeń; nie należy automatycznie przypisywać niewielkiej platformie wszystkich obowiązków największych serwisów.

      Jednocześnie DSA nie ustanawia ogólnego obowiązku monitorowania wszystkich informacji. Wyłączenie odpowiedzialności dostawcy hostingu jest jednak warunkowe i wiąże się m.in. z wiedzą o nielegalności oraz odpowiednią reakcją. Nie jest to ani nakaz prewencyjnego zatwierdzania każdego wpisu, ani bezwarunkowy immunitet.

      14. Kary: nie wolno mieszać dwóch różnych ustaw

      W debacie o ryzyku finansowym trzeba oddzielić druk nr 865 od wcześniejszej ustawy z 4 września 2026 r., opublikowanej 6 października, z terminem wejścia w życie 6 listopada 2026 r. Ta wcześniejsza regulacja ustanawia krajowe rozwiązania nadzorcze i sankcyjne związane z DSA.

      Przewiduje ona m.in. kary do 6% światowego obrotu dostawcy z poprzedniego roku obrotowego za wskazane naruszenia obowiązków. Ustalając wysokość sankcji, organ ma uwzględniać m.in. charakter i ciężar naruszenia oraz możliwości ekonomiczne podmiotu. Nie jest to automatyczna kara 6% za każdy kontrowersyjny wpis.

      Komentarz: samego druku nr 865 nie należy przedstawiać jako przepisu wprowadzającego taką procentową karę za wypowiedź. Jego bezpośrednie znaczenie dla operatora to przede wszystkim obsługa postępowania, wykonanie rozstrzygnięć, ryzyko pominięcia dowodów i możliwość zastosowania mechanizmu domenowego.

      Z perspektywy ekonomicznej również bez maksymalnej kary problem może być poważny. Koszt konsultacji, zabezpieczania materiału i gotowości interwencyjnej może proporcjonalnie mocniej obciążać małą platformę niż dużego dostawcę.

      To ocena mechanizmu, nie wynik pomiaru skutków tej nieobowiązującej jeszcze procedury. Warto jednak uwzględnić ją zawczasu: regulacja może ograniczać konkurencję również wtedy, gdy formalnie nakłada podobne obowiązki na podmioty o zupełnie różnych zasobach.

      15. Co powiedziałby libertarianin?

      Nie istnieje jedna odpowiedź wszystkich libertarian. Przyjmując jednak perspektywę silnej ochrony wolności wypowiedzi, własności prywatnej i dobrowolnych umów, można sformułować spójną krytykę.

      Libertarianin nie musiałby kwestionować potrzeby ochrony przed konkretnymi naruszeniami cudzych praw. Mógłby natomiast żądać, by ingerencja była możliwie wąska, oparta na wykazanej podstawie i skierowana przeciw naruszeniu — nie przeciw legalnej aktywności osób trzecich.

      Najbardziej problematyczna byłaby blokada całej domeny, gdy konsekwencje ponoszą użytkownicy niemający związku ze sprawą. Prawo nie powinno traktować ich możliwości komunikowania się jako zasobu, który można poświęcić dla wygody egzekucji.

      Drugim zarzutem byłaby proceduralna przewaga państwa lub profesjonalnego zgłaszającego nad autorem. Nawet formalnie dostępna droga sądowa może być niewystarczająca, jeżeli koszt dochodzenia swoich praw jest nieproporcjonalny do możliwości zainteresowanego.

      Trzecim — i często pomijanym — byłaby ingerencja w wolność właściciela platformy. Konsekwentna perspektywa libertariańska powinna krytycznie oceniać zarówno zbyt szerokie nakazy usuwania, jak i zbyt szerokie nakazy przywracania treści. Wolność wypowiedzi nie jest automatycznie prawem do publikowania na dowolnych warunkach w cudzym serwisie.

      Wreszcie libertarianin zwróciłby uwagę na możliwy efekt zniechęcający: platforma nie musi dostać nakazu usunięcia konkretnej legalnej publikacji, aby wcześniej zacząć unikać trudnych tematów. Wystarczy, że oceni koszty sporów jako nieprzewidywalne.

      To nie dowód, że taki skutek na pewno wystąpi. To powód, aby projektować reguły tak, by obrona legalnej debaty nie była ekonomicznie nieracjonalna.

      16. Prawo do sądu nie odtworzy utraconego momentu debaty

      Konstytucja chroni wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Zakazuje również cenzury prewencyjnej. Jednocześnie nie każda następcza ingerencja w dostępność opublikowanej treści jest automatycznie cenzurą prewencyjną w rozumieniu tego zakazu. Ocena musi uwzględniać konkretny mechanizm i warunki ograniczenia praw.

      Dlatego stwierdzenie „to cenzura” nie zastępuje analizy. Ale również odpowiedź „przecież można pójść do sądu” nie kończy dyskusji.

      Konstytucyjne prawo do naprawienia szkody wyrządzonej niezgodnym z prawem działaniem władzy publicznej istnieje. Nie oznacza automatycznej rekompensaty po każdym uchyleniu decyzji ani gwarancji szybkiego odzyskania wszystkich strat. Sam druk nr 865 nie ustanawia takiego automatycznego mechanizmu.

      Jeżeli publikacja dotyczy wydarzenia, które już się zakończyło, jej późniejsze przywrócenie nie odtworzy możliwości udziału w debacie. Jeżeli platforma utraci zaufanie użytkowników w wyniku ograniczenia dostępności, samo wykreślenie domeny z rejestru nie musi tego zaufania przywrócić.

      Z tego powodu najważniejsze poprawki powinny dotyczyć nie deklarowanych intencji, lecz konkretnych gwarancji.

      Ochrona tymczasowa powinna być jednoznaczna: skutek sprzeciwu dla wykonania decyzji, wyjątki od wstrzymania i pilny termin rozstrzygnięcia zabezpieczenia.

      Blokada domeny powinna wymagać odrębnego wykazania konieczności i proporcjonalności, z uwzględnieniem legalnych użytkowników oraz jasną, szybką drogą wykreślenia po ustaniu podstaw ingerencji.

      Prawo do przedstawienia sprawy powinno być rzeczywiste: rozsądny termin dla autora, symetryczne wyjątki dotyczące obiektywnie niedostępnych dowodów i możliwość szerszego postępowania dowodowego wtedy, gdy jest ono potrzebne, nie tylko wtedy, gdy na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się skomplikowana.

      Są to postulaty zmian, nie opis gwarancji już zapisanych w ustawie.

      Ostateczny test: czy ta ustawa chroni również przed własnym błędem?

      Analizowany tekst zawiera rozwiązania potrzebne i wartościowe: wymóg konkretnej podstawy nielegalności, wysoki standard dowodowy dla administracyjnego nakazu, sądowe rozstrzyganie szczególnej kategorii spraw, ochronę części danych autora i możliwość zakwestionowania nadmiernej moderacji. Nie należy ich pomijać tylko dlatego, że ustawa budzi uzasadnione obawy.

      Jednocześnie nie uznałabym tej konstrukcji za dostatecznie zabezpieczoną przed nadmierną ingerencją. Najsłabsze miejsca dotyczą rozszerzania skutków sporu na domenę, warunków przedstawienia dowodów oraz przewidywalności ochrony na czas zaskarżenia.

      Dla platform takich jak Cyberspace właściwą odpowiedzią nie jest ani usuwanie wszystkiego na wszelki wypadek, ani ignorowanie rozstrzygnięć w imię wolności słowa. Jest nią zdolność precyzyjnego reagowania, dokumentowania decyzji i skutecznej obrony legalnej aktywności użytkowników.

      A dla ustawodawcy podstawowe pytanie powinno brzmieć:

      Nie tylko: jak szybko państwo potrafi ograniczyć bezprawie? Również: jak skutecznie potrafi powstrzymać własny błąd, zanim legalna wypowiedź, społeczność lub przedsiębiorstwo poniosą nieodwracalną szkodę?

      Dobre prawo powinno mieć przekonującą odpowiedź na oba pytania.